Powitanie jesieni

Odleciały bociany i dzikie gęsi. Po hałaśliwym i pracowitym lecie nasze podwórze zapadło w błogą ciszę. Tylko z domu dobiegał odgłos skrobania ołówka Michasia, który poznawał pierwsze tajniki rysunku. W porannych mgłach snuła się melodia ogrywana przez trębaczy myśliwskich. Prace sezonowe dobiegły końca, przyszedł czas na rozprawienie się z tym, co pozostawiłam na później. 

Mijały kolejne dni, monotonne, niczym liście wirujące cicho na delikatnym wietrze. Mam wrażenie, że po wyjeździe Piotra czas ostro przystopował. To dopiero dwa tygodnie odkąd go nie ma, a mi wydaje się jakby upłynęła wieczność. Może to dlatego, że ciągle pada, u nas, i tam, u Piotra. Jeżeli tak dalej pójdzie mąż będzie miał, jak to zwykło mawiał nasz montażysta z redakcji telewizyjnej, Witek –Obsuwę. Co gryka przeschnie, to znowu deszcz ją zrosi. I tak ten rosyjski bilans się jakoś kręci.

Patrzę przez okno pokoju wybiegające do ogrodu, popijając spokojnie kawę z mlekiem. Miejsce po warzywniku zamieniło się w niewielki staw. Miałam nosa, że zabrałam się prędzej za wykopanie marchwi. Teraz pogoda by mi na to stanowczo nie pozwoliła. Cóż gdy przychodzą jesienne deszcze trzeba mieć nadzieję, że kiedyś się skończą.

Warzywa były dorodne w tym roku. Jeszcze nigdy marchew nie urosła tak duża. To zasługa nasion, które mąż przywiózł z zagranicy. Cebula, ulubiony przysmak Piotra jak garść. Tylko krzewy pomidorów, pomimo, że znajdowały się pod foliowym tunelem nie dały owoców. Zjadła je zaraza. Pocieszająca jest opinia mojej sąsiadki, pani Jasi, która wszystko zwaliła na –taki rok! Wierzę jej, bo wiem, że ma nie tylko miłe usposobienie do świata, ale i jest doświadczonym ogrodnikiem. Musiałam posprzątać to pobojowisko i oczyścić szklarnię. Praca to niewdzięczna, ale wymierna. Bardzo ważne, aby usunąć wszystkie pędy i łodygi roślin, umyć wodą ściany i przygotować glebę –warto ją przekopać i zasilić kompostem. Tylko w ten sposób uda się zapobiec rozwojowi chorób w następnym sezonie.

Michaś opanował sztukę „nocnikowania”. To ledwie kroczek w pochodzie ludzkości, dla naszej rodziny zaś –krok olbrzymi! Jak wielka była moja duma, gdy widziałam jak moje dziecko spokojnie siada na nocni i załatwia swoje fizjologiczne potrzeby, a na dodatek jakby tego było mało komunikuje, że chce –sisi. Dumny poczuł się też Michaś, nabrał wiary w siebie. Zrobił kolejny krok ku samodzielności.

Przed przystąpieniem do treningu czystości dużo razem rozmawialiśmy. W księgarni znalazłam książeczkę „Nocnik nad nocnikami” Alony Frankel, która pomogła Michasiowi zrozumieć co się dzieje z jego ciałem. Książeczka szybko stała się jego ulubioną, dodała mu odwagi w dochodzeniu do perfekcji w tych czynnościach. Na szczęście sprawy „nocnikowe” przestały być tabu i trafiły nawet do literatury.

Mniej więcej od początku października w naszych lasach rozpoczęło się wielkie grzybobranie. Grzybiarze ochoczo przyjeżdżają tutaj z najdalszych zakątków województwa, bo wiedzą, że lasy te obfitują w grzyby ze względu na unikalny mikroklimat, i najdłuższy okres wegetacji w całej Polsce. Spokojnie można rzec, że w lesie jest tłok. Najwięcej zbieramy podgrzybków, maślaków, borowików potocznie zwanych prawdziwkami oraz kozaków. Kiedy moja mama zmierzała do domu z kolejnym, wypełnionym po brzegi koszem grzybów, ja jak najprędzej obmyślam w głowie plan, jak pozbyć się tego kosza udręki. Muszę przyznać, że oprawianie grzybów doprowadza mnie do szewskiej pasji. W rezultacie i tak wszystkie grzyby zostawały dokładnie oczyszczone i wysuszone na specjalnie przygotowanym do tego sitku, które wieszamy na naszym kuchennym piecu kaflowym. Grzybów było zawsze  tak dużo, że gdy wchodziłam do kuchni czułam ten słodko-korzenny zapach suszenia. Późną jesienią rodzina i przyjaciele domu dostawali od nas po torebce grzybów. Radość była przeogromna, z obu stron: znajomi cieszyli się, że będzie z czego ugotować grzybową na wigilię, a mama wzdyma się z dumy jakim to jest wytrawnym grzybiarzem. Odkąd w domu jest dziecko staramy się nic z grzybów nie przyrządzać. Gotowanie dla samej siebie wydaje się kompletnie bez sensu i radości. Mama bez grzybów nie może żyć, i jak tylko wstanie idzie na grzybobranie. Przechadzając się lasem często ją spotykamy na leśnej ścieżce. Michał uwielbia towarzyszyć babci. Niestety brnięcie przez las z wózkiem nie należało do przyjemności. Strasznie ciężko go pchać po nieubitym podłożu, nawet jak się ma pompowane koła. Szybko wiec pojechałam do pobliskiej Mrówki i kupiłam niezwykle leciutkie kalosze Lemigo wykonane w całości z pianki Eva. Teraz spacerujemy po lesie w poszukiwaniu grzybów bez problemu. Ta zabawa cieszy Michasia bardziej, niż najdroższa zabawka. Bardziej ucieszył by go jednie powrót taty. Ale na to trzeba jeszcze trochę poczekać.

spacer-4

One Thought on “Powitanie jesieni

  1. I was extremely pleased to uncover this web site. I wanted
    to thank you for ones time just for this fantastic read!!

    I definitely liked every part of it and i also have you book marked to see new things
    on your web site.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Post Navigation